obiecałam napisac w tej zakładce i to robie...
mówisz beata,ze Piotr wysiada psychicznie już z powodu bólu...i kazdy to rozumie z nas...każdemu nam się to zdarzyło wczesniej czy póxniej i takie "doły i doliny" wciąz się pojawiają:) tak jak mówi Bea skożystajcie z jakiś leków antydepresyjnych itp ja narazie sobie radze mój nick mówi wsyztsko jestem chodząca nadzieją

co jakis czas ładuje na rózne sposoby akumulatory

hehe bo jak wszytsko i to się czasem konczy...
ten temat przypomniał mi moje pierwsze 5 msc ciagłego bólu...tylko zmiana natęzenie bólu i czas trwania...ale ból wciąz jest najmnnijszy to 4 ale to juz pisałam nie bd się powatrzała...
ale kiedy sobie pomyslę o mojej pierwszej "10" masakra...
teraz się nawet z tego śmieje z rodzinką moją...żeby ich podniesc na duchu...i samą siebie
pierwsza 10 była straszna i trwała godzine...ból był niewyobrażalny myslalam,ze mi oko wyskoczy z oczodołu...nie miałam sily wstac tylko położyłam się i myślałam tylko,że albo się to skończy albo umre z bólu...
oczy mi łzawiły i początkowo byłatm twarda dla mojej mamy ona sie tak o mnie martwi,że az mi jej żal starsznie...
i mówiłam że tylko mi oczy łzawia i przejdzie mi jest źle ale przejdzie...(bo tak ja ządko płącze jestem kobieta mało płacząca ,mam bardziej taki wybuchowy temperament pogadam sobie pokrzycze albo pobiegam czy pójde na spacer a nie płącze:D )
ale po 40 min takiego strasznego bólu już powaznie myslałam,że ALBO MI TO MINIE ALBO CHCE UMRZEĆ ,że tego nie da sie już zniesc...i wtedy zaczęłam płakać (ale to nie taki wstyd wtedy można

) i mama pyta jak może mi pomóc a ja mówie że się nie da,bo ządne leki nie działają przecież...i że moze coś dla mnie zrobić,żeby mnie dobiła,żeby pomogla mi umrzec,bo już nie mam siły...to był peirwszy w życiu tak neiwyobrazalny mój ból... a moja mama też zaczęła płakac i mówi,ze tego nie zrobi...mój ból a raczej "ten potwór" zawładnął mną mówiłam,ze jej nienawidze,bo nie chce mi pomóc...bo nie chce mnie dobić
aż ból się skończył...tzn zmniejszył się do 8 po godzinie męczarni...wtedy średnio przytomna ze zmęczenia przeprosiłam mamę za moje zachowanie,ze przeciez wcale jej nie nienawidze tylko ją kocham i że dobrze,że mnie nie zabiła:) zaczełam obracac to powoli w zart,bo ulga była niesamowita...a mama oczywiście,ze cieszy sie że mi lepiej i,ze wie,że tak nie myślałam i nie mówiłam powaznie
następne moje dwie "dziesiatki" jedna trwała też godzine było cieżko ale zniosłam bo mialam nadzieje,że tamto przetrwałam teraz też dam rade było mi łątwiej,bo to mnie aż tak juz nie zaskoczyło
najwiekszym kryzysem była trzecia moja "10" trwała 3 godz...
i póltrej godz kiedy już byłam załamana ,ze nie przechodzi a wczesniejsze dwie trwaly tylko godz...znów zaczełam prosić,żeby mnie dobili...
byłąm coraz słabsza i słabsza mama przy mnie siedziała
po 2 godz mama pyta czy mi lepiej nie miałam siły już nawet mówić...malo co widzialam,byłam tak załamana jak nigdy w życiu...
urywał mi się film i mama co jakiś czas ściskała mnie delikatnie za rękę, żebym chociaż lekko oddała jej uścisk bo sprawdzała czy żyje czy usnęłam czy straciłam przytomnośc...
ta ostatnia godz była starszna juz nie tylko potworny ból,ale i nudnosci zawroty głowy jak na ogromnej karuzeli
po 3 godz koszmar się skończył...pamietam tylko tyle,ze napiłam sie wody i usnęłam...obudziłam się rano czułam sie duuużo lepiej,choc byłąm bardzooooooooo słaba...
mama wtedy opowiadała mi,że sprawdzała czy oddycham,bo czasem już nawet nie słyszała mojego oddechu i ze cała noc co jakiś czas sprawdzała czy śpie i oddycham...
od tamtej pory powiedziałam,ze zniose wszytsko,że musze życ dla mamy, dla siostry, dla przyjaciól ,dla siebie,dla moich marzeń,dla moich dzieci,które chce mieć
kolejne 10 trwaly rownie,ale zwykle 20-40 min...i juz nigdy nie mówiłam żeby mnie dobiły czasem nawet ząrtowałam,że nie bd tracic energii na takie prośby,bo i tak mają to w nosie

hehe
i zaczęłam wtedy myslec,ze mimo wszytsko chce zyć,ze kiedyś to się skonczy...a 10 też sie kończą i warto żyć...może ustanie ból na pare lat tego nie wiem,ale to pokazało mi JAK BARDZO KOCHAM ŻYCIE...
póxniej nastała moja próba...nie wiem ile było ataków nie dałam rady ich poddzielić ból się zmieniał od 8-10. i tak przez 10 godz...to był mój rekord...nic nie jadłam prawie nic nie piłam...nie myslalam o tym...ale wciaz myslałam o tym co będe robiła jak mi przejdzie,albo o tym co robie zwykle kiedy czuje sie "dobrze w moim przypadku czyli przy 5" i momentami przychodziła mi myśl o śmierci że to przeciez nie może tyle trwac...ale za chwile znów myslałam o tym co dobre...NADZIEJA NADZIEJA NADZIEJA...akurat wtedy napisali do mnie przyjaciele czy byśmy się nie spotkali gdzies do kina. wsparcie jest BARZDO WAZNE
potem przez pół roku byłam w swietnej kondycji psychicznej miałam taka siłę,ze nikt nie był w stanie tego zmienić...mimo że nadal miałam ataki i ból był,ale te trudne lekcje dały mi siłe...
załamanie przyszło 2 msc temu keidy cierpiałam znowu bardzo po parenaście godzin dziennie przez 3 tyg nie spałam prawie w ogóle bylam wrakiem...
ale podniosłam się z tego...a było to 2 tyg temu...teraz znów jestem sobą:) bo czuje się nadal jeszcze nieiekawie,ale w porównaniu do "2 tyg" to pikuś. znów mam siłe,bez której nie da się zyc z tym bólem,który towarzyszy mi jak natrętny adorator w każdym dniu

hehehe
PS.jestem ciut szalona...na początku jak przypominałam sobie to cierpienie płakałam pisząc to...

a teraz na koniec się śmieje ....
