moje prywatne piekło
: 01 sty 2010, 22:33
historię mojego piekiełka zacznę od początku...
był luty 1993 roku. pamiętam ten dzień jak dziś, właśnie wychodziliśmy ze znajomymi na imprezę i wtedy dopadł mnie po raz pierwszy. wtedy myślałem, że już po mnie i zapamiętałem ten dzień ale po latach stwierdzam, że poziom bólu wtedy nie przekroczył level 5 (ale był inny, ostry, zniewalający i pobudzający zarazem). potem było trochę spokoju i sporadycznie po jednym ataku co jakiś czas. nasilać zaczęły się w roku 1995. wtedy to miałem pierwsze śmieszne wizyty u "neurologów". niestety bez rezultatów. rok 1996 był rokiem pełnym bólu. zacząłem wtedy zauważać 2 rzeczy: nie warto tracić czasu na tzw lekarzy neurologów oraz pewne prawidłowości rządzące tymi bólami. w okresach ataków musiałem unikać: piwa, głodu, przejedzenia, stresu, kotletów mielonych, kurczaka gotowanego i parówek. zauważyłem, że mój ból zaczyna się od mdłości i uczucia ucisku w okolicach wątroby. wiedziałem wtedy, że za 5 minut zacznie się wędrówka do piekła. podejrzewałem kamienie w przewodzie żółciowym (rodzinna dolegliwość). zauważyłem również, że pomaga mi kawa, zwykła parzona mocna wypita na gorąco kawa ... nieco ulżyło to w moich wędrówkach po krainie dantego. następnym punktem w szukaniu ulgi była pozycja. lżej przechodziłem w pozycji siedzącej mocno pochylony opierając głowę na zgiętej ręce w taki sposób, że na przedramieniu opierałem łuk brwiowy, a na bicepsie opierałem skroń. do tego zawsze towarzyszyło mi "skakanie prawej nogi". zawsze po ataku miałem atak stolca ;). ataki najczęściej pojawiały się w nocy i trwały 20 minut do 3 godzin, przy czym po dziś dzień jeżeli dopuszczę do osiągnięcia amplitudy bólu to cały dzień głowa mnie "ćmi" falami. bałem się w tych okresach nocy. w dzień jeżeli mogłem to czując zbliżające się zagrożenie szybko wypijałem mocną kawę i było git. w nocy często budzący mnie ból był już w pobliżu apogeum. lata 1996/97 były przełomowe, bo właśnie w tych latach osiągnąłem 8 level piekła (to średni wynik, bo bywały takie w okolicach 6 ale też było kilka 10). w 1997 roku powołali mnie do wojska i muszę przyznać, że do listopada 97 roku był spokój. niestety od listopada 97 do maja 98 poznałem mt. everest bólu i granice ludzkiej wytrzymałości. na moje szczęście nigdy nie trafiło na czas, który spędzałem na posterunku z kałasznikowem i pełnym magazynkiem, bo strzelił bym sobie w czachę (zresztą przy jednym ataku bólu chciałem się dostać do magazynu broni ale udało im się mnie obezwładnić (w 9 osób ;) ). po tej warcie skierowano mnie do lekarza choć wcześniej sygnalizowałem problem z bólem i zgłaszał to dyżurny kompani, który musiał być świadkiem moich nocnych wyczynów. jeden dyżurny wszczął nawet alarm i uciekł z kompani jak zobaczył moje czerwone oko, zdziwiony, że potrafię płakać jednym okiem, a głową mogę rozwalić drzwi, stół i skuć tynk ze ściany. nie było wesoło. wierzcie mi wielokrotnie ból po 2 godzinach doprowadzał mnie do wycia (choć nigdy nie wyłem fizycznie - nie dałem nigdy tej satysfakcji bólowi) i do stanu kiedy wewnętrznie błagałem o śmierć i było mi wszystko jedno ... do rzeczy, po wizycie u lekarza skierował mnie do batalionu medycznego do izby chorych. tam mnie gruntownie przebadano po czym stwierdzono po raz pierwszy: pan masz klastrowe bóle głowy. spróbujemy temu zaradzić. tak odbyłem terapię encortonem - bez rezultatu, potem był amizepin, a na koniec polomigram - wszystko bez rezultatu. zaaplikowano mi nieraz środki przeciwbólowe: tramal i jakieś tam pochodne morfiny. niestety ich działanie mogłem określić dopiero po kilku godzinach jak mijał mi ból głowy. przed wyjściem z armii chcieli na mnie przetestować nowe sposoby walki z bólem w wojskowej klinice walki z bólem - ból zwalczali impulsami elektrycznymi. ale to była jesień 1998 roku i okres ataków miałem za sobą więc wolałem nie wywoływać wilka z lasu. po wojsku znowu nastąpiło pół roku przerwy i rok 1999 przyniósł mi kolejne wizyty u "braci" neurologów, którzy w skuteczny sposób uświadamiali mnie w przekonaniu, że medycyna to pic na wodę, tandeta i fotomontaż. do 2004 ataki pojawiały się 2 razy do roku (koło czerwca i późna jesień gdzieś koło grudnia i ciągły się aż do kwietnia). radziłem sobie z nimi jak mogłem. zmieniłem w 2004 pracę i pojawiające się ataki przeszkadzały mi mocno w mojej wymagającej skupienia pracy więc poszedłem znowu do lekarza ale tylko celem przekonania się, że nic się nie zmieniło. znalazłem za to dwa leki, które pomogły mi przebrnąć przez te ataki - coffecorn forte oraz cardiamid coffein. potem postanowiłem wypróbować (myśląc, że to się bierze od wątroby) hepati i tu (być może czysty przypadek) ale osiągnąłem cel czyli bóle pojawiały się sporadycznie raz w roku i trwały kilka dni. jak tylko czułem, że się zbliżają kupowałem hepatil i po kuracji problem znikał. niestety ... nastąpił rok 2009 i pojawiły się ataki, hepatil nie pomógł. ten wiosenno letni trwał krótko na szczęście i nie był aż tak intensywny. koniec listopada wrócił ... moje piekło zaczęło się od nowa. hepatil nie pomógł, kawa przestała mi pomagać (na pewno nie pomaga kiedy ból już osiąga szczyt), budzę się do 3 razy na noc. ostatni ból trwał 3 godziny. lekarz przepisał mi w tej chwili divascan 3 razy dziennie i w razie ataku: dihydroergotamina + nurofen forte. od kiedy zacząłem brać divascan ataki budzące mnie w nocy trwają do 10 minut (być może kolejny przypadek) ale przyszłość pokaże (albo pokarze). co do dihydroergotaminy i nurofenu to zbędne katowanie wątroby. na to wszystko pojawiły się kłopoty z ciśnieniem choć nigdy nie miałem z tym problemu.
co mogę jeszcze powiedzieć na temat moich obserwacji. zauważyłem, że mój umysł pracuje podczas ataku jak najlepiej zgrana maszyna, to co było dla mnie problemem logicznym lub czego nie mogłem sobie przypomnieć to robiłem podczas ataków. inną rzeczą jest to, że nigdy nie miałem siły i cierpliwości żeby pokonać ból i korzystać z tego dłużej niż 5 minut.
wybaczcie mi tak długi post ale w końcu mogę opisać komuś kto nie będzie się do mnie dziwnie uśmiechał to co przeżywam. przez te prawie 17 lat poczyniłem sporo spostrzeżeń, mam kilka swoich sposobów i poznałem co to jest nokaut ... chętnie się podzielę swoimi latami w tym związku, który chętnie zakończył bym rozwodem.
był luty 1993 roku. pamiętam ten dzień jak dziś, właśnie wychodziliśmy ze znajomymi na imprezę i wtedy dopadł mnie po raz pierwszy. wtedy myślałem, że już po mnie i zapamiętałem ten dzień ale po latach stwierdzam, że poziom bólu wtedy nie przekroczył level 5 (ale był inny, ostry, zniewalający i pobudzający zarazem). potem było trochę spokoju i sporadycznie po jednym ataku co jakiś czas. nasilać zaczęły się w roku 1995. wtedy to miałem pierwsze śmieszne wizyty u "neurologów". niestety bez rezultatów. rok 1996 był rokiem pełnym bólu. zacząłem wtedy zauważać 2 rzeczy: nie warto tracić czasu na tzw lekarzy neurologów oraz pewne prawidłowości rządzące tymi bólami. w okresach ataków musiałem unikać: piwa, głodu, przejedzenia, stresu, kotletów mielonych, kurczaka gotowanego i parówek. zauważyłem, że mój ból zaczyna się od mdłości i uczucia ucisku w okolicach wątroby. wiedziałem wtedy, że za 5 minut zacznie się wędrówka do piekła. podejrzewałem kamienie w przewodzie żółciowym (rodzinna dolegliwość). zauważyłem również, że pomaga mi kawa, zwykła parzona mocna wypita na gorąco kawa ... nieco ulżyło to w moich wędrówkach po krainie dantego. następnym punktem w szukaniu ulgi była pozycja. lżej przechodziłem w pozycji siedzącej mocno pochylony opierając głowę na zgiętej ręce w taki sposób, że na przedramieniu opierałem łuk brwiowy, a na bicepsie opierałem skroń. do tego zawsze towarzyszyło mi "skakanie prawej nogi". zawsze po ataku miałem atak stolca ;). ataki najczęściej pojawiały się w nocy i trwały 20 minut do 3 godzin, przy czym po dziś dzień jeżeli dopuszczę do osiągnięcia amplitudy bólu to cały dzień głowa mnie "ćmi" falami. bałem się w tych okresach nocy. w dzień jeżeli mogłem to czując zbliżające się zagrożenie szybko wypijałem mocną kawę i było git. w nocy często budzący mnie ból był już w pobliżu apogeum. lata 1996/97 były przełomowe, bo właśnie w tych latach osiągnąłem 8 level piekła (to średni wynik, bo bywały takie w okolicach 6 ale też było kilka 10). w 1997 roku powołali mnie do wojska i muszę przyznać, że do listopada 97 roku był spokój. niestety od listopada 97 do maja 98 poznałem mt. everest bólu i granice ludzkiej wytrzymałości. na moje szczęście nigdy nie trafiło na czas, który spędzałem na posterunku z kałasznikowem i pełnym magazynkiem, bo strzelił bym sobie w czachę (zresztą przy jednym ataku bólu chciałem się dostać do magazynu broni ale udało im się mnie obezwładnić (w 9 osób ;) ). po tej warcie skierowano mnie do lekarza choć wcześniej sygnalizowałem problem z bólem i zgłaszał to dyżurny kompani, który musiał być świadkiem moich nocnych wyczynów. jeden dyżurny wszczął nawet alarm i uciekł z kompani jak zobaczył moje czerwone oko, zdziwiony, że potrafię płakać jednym okiem, a głową mogę rozwalić drzwi, stół i skuć tynk ze ściany. nie było wesoło. wierzcie mi wielokrotnie ból po 2 godzinach doprowadzał mnie do wycia (choć nigdy nie wyłem fizycznie - nie dałem nigdy tej satysfakcji bólowi) i do stanu kiedy wewnętrznie błagałem o śmierć i było mi wszystko jedno ... do rzeczy, po wizycie u lekarza skierował mnie do batalionu medycznego do izby chorych. tam mnie gruntownie przebadano po czym stwierdzono po raz pierwszy: pan masz klastrowe bóle głowy. spróbujemy temu zaradzić. tak odbyłem terapię encortonem - bez rezultatu, potem był amizepin, a na koniec polomigram - wszystko bez rezultatu. zaaplikowano mi nieraz środki przeciwbólowe: tramal i jakieś tam pochodne morfiny. niestety ich działanie mogłem określić dopiero po kilku godzinach jak mijał mi ból głowy. przed wyjściem z armii chcieli na mnie przetestować nowe sposoby walki z bólem w wojskowej klinice walki z bólem - ból zwalczali impulsami elektrycznymi. ale to była jesień 1998 roku i okres ataków miałem za sobą więc wolałem nie wywoływać wilka z lasu. po wojsku znowu nastąpiło pół roku przerwy i rok 1999 przyniósł mi kolejne wizyty u "braci" neurologów, którzy w skuteczny sposób uświadamiali mnie w przekonaniu, że medycyna to pic na wodę, tandeta i fotomontaż. do 2004 ataki pojawiały się 2 razy do roku (koło czerwca i późna jesień gdzieś koło grudnia i ciągły się aż do kwietnia). radziłem sobie z nimi jak mogłem. zmieniłem w 2004 pracę i pojawiające się ataki przeszkadzały mi mocno w mojej wymagającej skupienia pracy więc poszedłem znowu do lekarza ale tylko celem przekonania się, że nic się nie zmieniło. znalazłem za to dwa leki, które pomogły mi przebrnąć przez te ataki - coffecorn forte oraz cardiamid coffein. potem postanowiłem wypróbować (myśląc, że to się bierze od wątroby) hepati i tu (być może czysty przypadek) ale osiągnąłem cel czyli bóle pojawiały się sporadycznie raz w roku i trwały kilka dni. jak tylko czułem, że się zbliżają kupowałem hepatil i po kuracji problem znikał. niestety ... nastąpił rok 2009 i pojawiły się ataki, hepatil nie pomógł. ten wiosenno letni trwał krótko na szczęście i nie był aż tak intensywny. koniec listopada wrócił ... moje piekło zaczęło się od nowa. hepatil nie pomógł, kawa przestała mi pomagać (na pewno nie pomaga kiedy ból już osiąga szczyt), budzę się do 3 razy na noc. ostatni ból trwał 3 godziny. lekarz przepisał mi w tej chwili divascan 3 razy dziennie i w razie ataku: dihydroergotamina + nurofen forte. od kiedy zacząłem brać divascan ataki budzące mnie w nocy trwają do 10 minut (być może kolejny przypadek) ale przyszłość pokaże (albo pokarze). co do dihydroergotaminy i nurofenu to zbędne katowanie wątroby. na to wszystko pojawiły się kłopoty z ciśnieniem choć nigdy nie miałem z tym problemu.
co mogę jeszcze powiedzieć na temat moich obserwacji. zauważyłem, że mój umysł pracuje podczas ataku jak najlepiej zgrana maszyna, to co było dla mnie problemem logicznym lub czego nie mogłem sobie przypomnieć to robiłem podczas ataków. inną rzeczą jest to, że nigdy nie miałem siły i cierpliwości żeby pokonać ból i korzystać z tego dłużej niż 5 minut.
wybaczcie mi tak długi post ale w końcu mogę opisać komuś kto nie będzie się do mnie dziwnie uśmiechał to co przeżywam. przez te prawie 17 lat poczyniłem sporo spostrzeżeń, mam kilka swoich sposobów i poznałem co to jest nokaut ... chętnie się podzielę swoimi latami w tym związku, który chętnie zakończył bym rozwodem.