Jest to moja pierwsza aktywność tutaj, więc po krótce opiszę jak to było z moim klasterem i jak sobie z tym daję radę
Pierwszy kontakt z tym paskudztwem miałem dziewięć lat temu. Zaczęło się nagle, bez wyraźnej przyczyny, dokładnie drugiego listopada 2004. Ból był taki jakiego do tej pory nie byłem sobie w stanie wyobrazić, więc reakcja moja była taka jak zwykle lekarz rodzinny, i dalej specjaliści laryngolog, okulista, dentysta, nawet raz na pogotowiu badał mnie ginekolog (tylko taki lekarz był na dyżurze), no i w końcu neurolog. Neurolog pokiwał głową, zapytał dokładnie od kiedy mam bóle, po czym stwierdził że musiałem sie na wszystkich swiętych nawdychać dymu ze zniczy i stąd te bóle. Kazał sobie kupić centrum i ketonal i brać w razie bólu. Nie pomagało oczywiście. Kolejni lekarze rozkładali ręce, więc chodziłem od Annasza do Kajfasza, aż w końcu jeden zawyrokował ze to neuralgia trójdzielna.Przepisał Amizepin i jakieś antydepresanty, no i po około dwóch miesiącach przeszło. Wtedy głęboko wierzyłem że to faktycznie neuralgia. Po około roku objawy wróciły. O ile wcześniej ból był silny, ale dało się w miarę wytrzymać, to za drugim razem było znacznie gorzej. Dopadło mnie to jak pracowałem sezonowo u bauera na ogórkach. Niemieckiemu lekarzowi, który mnie wtedy przyjmował, udało mi się wydukać po niemiecko-rosyjsko-angielsku, ze już się leczyłem na to, i że to neuralgiae nervi trigemini (wtedy święcie wirzyłem że to właśnie na to choruję). Lekarz pokiwał głową, dał mi paczkę amizepinu (!) i w łamanej polszcyźnie życzył powrotu do zdrowia. Musiałem zjechać do Ojczyny, no i zacząłem się leczyć u polskich znachorów. Kolejni trzej neurolodzy powtarzali w czambuł że to neuralgia, i przepisywali lekarstwa, których nazw teraz nie wypowiem, wiem tylko że jakieś psychotropy też brałem. W każdym razie, przez trzy miesiące nie pomagało nic, ja z bólu już głupiałem, dochodziło do tego że chciałem sobie oko nożem wydłubać, i to nie jako metafora, tylko realnie miałem taki zamiar. W końcu któryś z neurologów stwierdził, że skoro metody farmakologiczne nie pomagają, na tomografii i rezonansie nic nie wynikło, więc pozostaje tylko neuroliza. Neurolizy nie chciałem, tym bardziej że poinformowała mnie o ewentualnych skutkach ubocznych i nie ręczyła w ogóle za skuteczność tego, wiec złapałem się ostatniej deski ratunku, jaką była medycyna niekonwencjonalna. Dostałem namiar na lekarza z Mongolii, który leczy akupunkturą, bańkami i ziółkami, no i postanowiłem spróbować. Facet mnie najpierw obadał z pulsu, pougniatał, zmierzył ciśnienie, macał mnie po głowie, po czym stwierdził, że istotnie coś nie tak jest z jakimiś tam meridianami głowy. No i zaczął mnie tymi igiełkami leczyć. Okazało się że jest to zupełnie bezbolesne, nawet można rzec że przyjemne (dużo bardziej bolesny jest masaż po igiełkach, oczy na wierz chcą wyleźć), no i w moim przypadku bardzo szybko zaczęło przynosić efekty. Mongoł (o bardzo trudnym do wymówienia i zapamiętania nazwisku) uprzedził, że po dwóch tygodniach od zakończenia leczenia dopiero bóle ustąpią, jednak już wtrakcie tych zabiegów odczułem, że bóle zaczęły być coraz słabsze i krótsze. O ile wcześniej skakałem po ścianach, to po tych igiełkach byłem w stanie normalnie funkcjonować. Jeszcze przed zakończeniem leczenia bóle ustały całkowicie, i przez pięć lat miałem spokój.
Bóle wróciły półtora tygodnia temu, jednak tym razem nie bawiłem się w neurologów i ich leczenie, poszedłem jedynie po zwolnienie lekarskie, pożyczyłem pieniądze i znowu się u niego leczę. I pomaga, przesypiam całe noce, a ból jeśli się pojawia w ogóle, to jest do zniesienia.
Co do Mongoła- szczerze powiem, mi pomaga jego leczenie, i to pomaga zauważalnie. Oprócz tego że leczy klaster u mnie, to jeszcze wypatrzył się problemów z krążeniem i układem pokarmowym. Zabiegi trwają pół godziny, jest to nakłuwanie, stawianie baniek, masaż, czasem kładzie gorące kamienie i podpina do prądu. No i ziółka. Na jakiej zasadzie to działa - nie wiem, ale grunt że przynosi ulgę. Wadą tego leczenia jest cena, ja za dwa tygodnie zabiegów płacę ponad 1000 złotych. No i z racji tego, że jest zima, to dobrze jest skombinować sobie zwolnienie lekarskie - kategorycznie nie wolno przeziębić się podczas leczenia i należy unikać wychłodzenia stóp, a u mnie w pracy niestety nie da rady tego dopilnować.
Pozdrawiam i życzę wszystkim ulgi od tego paskudztwa. Każdy dzień bez bólu to dzień udany