postanowiłam napisać o swoich doświadczeniach - ostatnich- choć większość o nich wie bo jednakowoż dosyć często kontaktujemy się i wszystko Wam mówię. Niemniej czasem zdarza się nowy człek co nic nie wiem. Ale do rzeczy.
W zeszłym roku w maju - za namową dobrych ludzi dałam sobie wstrzyknąć botoks albowiem juz byłam zdesperowana okrutnie. Odstawiłam wszystkie leki poza isotinem, który brałam w dawce 2x 120 mg=240 dziennie. I tak minęło najapiękniejsze 9 miesięcy w moim życiu, Bez ataków, bez imi, bez tlenu, bez lekarzy, bez myślenia o tym gównie. jednak dobry czas się skończył i jakiś miesiąc temu zaczęłam odczuwać bóle. Na początku bagatelizowałam bo mysłałam, że może wiosna czy co? Niepotrzebnie. Bo jak już zbagatelizowałam to zaczeło się na maksa. W nocy ataki co godzinę - do 6-7 razy. Skala różna. 5,7 ale i parę razy 10. Resztka starego imi poszła w ruch ( oczywiście już nie nie mam). Pojechałam do pani doktor i wymogłam na niej kolejną dawkę botoksu. Taką jak poprzednio. 3/4 apułki. Ale nic się nie zmieniło. Nic. Czyżby po jednym razie Horton już nauczył się botoksu? W każdym razie, szybciutko pojechałam po tlen ( butlę zużyłam w ciągu 5 dni